Zapytaj wraz ze mną : Co się dzieje w tobie? Co w okół w nieustającym ruchu się staje?
Że wątpisz i szukasz wciąż nowych słów, aby opisać doznane...
Witam serdecznie Przyjaciół i Czytelników na mojej stronie!

Przeczytaj recenzję

[xls child_of=6]
„Topos” 4 (89) 2006:

Koniec znaczy początek

Tomik zatytułowany „Wątpiąc, idę” jest wyborem wierszy napisanych w latach 1979-2005 przez Teresą Tomsię, córkę repatrianckiej rodziny, absolwentkę poznańskiej polonistyki, poetkę i animatorkę kultury. Utwory, które powstały w okresie całego ćwierćwiecza, zostały w książce ułożone nie według klucza chronologicznego, co byłoby rozwiązaniem najłatwiejszym, sugerującym ewolucyjność tej poezji, ale tak, aby można było odczytać niezmienność głównej linii organizującej tę lirykę.

A jest liryka T. Tomsi przykładem równowagi pomiędzy zwątpieniem a przeświadczeniem, że warto jednak codziennie otwierać oczy chociażby po to, aby cieszyć się: (…) Darem wiecznej nietrwałości, / gdy Ty, Ojcze, kołyszesz mnie w niszy czasu / i przypominasz, że jestem / prochem, który ożywiasz (*** Gotuję się do spoczynku).

Nietrwałość i przemijanie czasu oraz bytów nie są dla poetki koszmarem, pretekstem do apokaliptycznych udręczeń, ale cząstką egzystencjalnej zwyczajności, na którą należy się zgodzić, tak, jak poetka godzi się na to, aby czas (los) pisał wciąż ten sam wiersz w jej zeszycie. Cóż bowiem sprawia, że w człowieku eksploduje wiersz? Ów archetypalny daimonion, na którego powoływali się poeci, dbali o to, aby ich postrzegano jako delegatów olimpijskiego panteonu. Wybitna duchowość czyniąca z poetów enklawę pośród miernoty i zwyczajności?

W historii poezji było wielu twórców, których dzieła zdają się mieć nieziemską genezę, są epifaniami czy iluminacjami. Zauważamy jednak, że wielu z nich za wielkość zapłaciło samotnością Beaudelaire’owskiego albatrosa, ich życie było rejsem „statku pijanego”. Genialność poetyckiego wyrazu rzadko wchodzi w symbiozę z władzą nad samym sobą.

Mądrość T. Tomsi polega na tym, że ona o tym wie i mimo pokusy szukania wzmocnień w rozpasaniu geniuszu, godzi się w końcu na to, by jej wiersze pisane były przez dom, ogród, dziecko, miłość. Jej estetyka nie szuka konotacji z poetami – neurotykami. Dojrzałość każe wyznać: Nie znajduję dziś pociechy / w pozdrowieniu Hölderlina / choć przybywa tańczący z górami / świadom / ich lodowej mocy / i wiosennego drżenia („Mój estetyzm”). Dojrzałość  skłania poetkę ku tworzeniu liryki, której ogólny obraz powstaje w rezultacie nakładania się wielowątkowych impresji przepuszczonych przez filtry powściągliwości i kontemplacji. T. Tomsia poddaje swoje wiersze starannej „obróbce skrawaniem”. Mam przeczucie, że większość utworów pomieszczonych w książce „Wątpiąc, idę” miało w pierwszej instancji więcej słów, że zostały one przez autorkę wyrugowane w późniejszych autokorektach. Dowodzić to może dużej czujności wobec materiału poetyckiego. Słowo nie jest surowcem, który może być eksplorowany zbyt żywiołowo. Potrzebę jego kondensacji widzą tylko najwybitniejsi poeci. Ci bowiem nie chcą przytłaczać „słoworostami” w sytuacji, kiedy tylu innych wpada w pułapkę wieży Babel. T. Tomsia jest świadoma tego, że dobry wiersz jest niczym bokserskie uderzenie w punkt, że jest jak struny światła drżenie, że jest jak gromu uderzenie (anonimowy poeta ludowy spotkany w pociągu). T. Tomsia wie również, że: Najważniejszy jest wiersz, / który nosisz w sobie długo i cierpliwie, / zdając się na jego zmienne nastroje. / Tkwi jak zadra, jak kolec, / gdy właśnie wyszedłeś z ogrodu / i nic nie masz prócz zapachów, / szumu co się oddala / i fotografii z margerytką w tle.

Wiersze T. Tomsi są w większości donoszone, a przez to właśnie dojrzałe. Szczególną dorosłością odznaczają się te, w których znać, że poetka jest mistrzynią w oddawaniu nastroju chwili, w portretowaniu osób i stanów rzeczywistości, które właśnie przeminęły albo przeminą lada moment. Poetyckie impresje T. Tomsi są niczym obrazki zastygłe w kadrach fotograficznej taśmy. Niepokoją pulsowaniem przemijania, którego nie zatrzyma ani celuloid, ani ludzka pamięć, bo i jej rejestry wymazuje wreszcie czas.

Poetka nie boi się przemijania, chociaż nie jest jeszcze gotowa do odejścia. Więcej – nie czuje się do tego uprawniona, bo nie wyczerpała mocy, którą została obdarowana przez Stwórcę, po wtóre – nie jest gotowa do Najważniejszego Spotkania, gdyż, sama to przyznaje, nie potrafi z Nim rozmawiać bez pełnomocników.

Bodaj jedyny wiersz pochodzący z roku 2005 jest pożegnaniem Pełnomocnika. Jego tytuł: „Na pożegnanie Jana Pawła II”. Odejście Papieża jest dla poetki znakiem nadziei, bo Pełnomocnik odchodzi, zabierając cząstkę każdego z nas. Z lektury całości wynika, że autorka „Wątpiąc, idę” obdarowuje nas oryginalną koncepcją pełnomocnictwa w przypomnieniu swoich nieżyjących rodziców, w licznych dedykacjach adresowanych do osób, które są jeszcze między nami, ale z każdym dniem przybliżają się do kresu ziemskiej peregrynacji. Tworzą one wspólnotę czyniącą przemijanie czymś więcej niż funkcją przepływającego czasu, bo jeszcze jednym wspólnym dziełem przybliżającym Koniec do Początku.

Wszyscy idziemy wątpiąc, dlatego właśnie potrzebujemy pełnomocników. Dzień, w którym staje się zbędny zegar i kalendarz, czyni z każdego z nas Pełnomocnika. Czyli tego, który już nie wątpi.

Wiesław Setlak

Teresa Tomsia: Wątpiąc, idę, Wydawn. Adam Marszałek, Toruń 2005